Resztki makaronu ugotowałam w moim jedynym garnku, na patelni przygotowałam sos z cukinią, tym razem bez cukini, bo jak poszłam do sklepu o pierwszej w nocy to już nie było, więc po prostu wybrałam najmniej zgniłe bakłażany. Przypaliłam sobie nadgarstek, jednakże danie było znakomite i radowała się moja dusza. Po tym zacnym posiłku umyłam wszystkie naczynia, nawet po moich współlokatorach-brudasach, bo nic tak mnie nie denerwuje, jak brudne gary w zlewie. Ale w końcu dzisiaj nic nie muszę, nigdzie się nie wybieram.

Jutro zrobię naleśniki, gdyż mam resztę mąki i muszę skończyć słoik dżemu. Nie lubię marnotractwa, więc staram się zużyć wszystkie produkty, jakie mi pozostały, przed wyjazdem.

Wracam do momentu, w którym zapisałam moją grę.

A jednak tyle rzeczy się pozmieniało przez te cztery miesiące. Nie mogę powiedzieć, że wracam w to samo miejsce. Odświeżyłam moje życie. Przewartościowałam niemal wszystko. Co jest naprawdę ważne. O co warto się starać. Dlaczego tak, dlaczego nie. Kto jest moim przyjacielem, a od kogo trzymać się z dala.

Ja się zmieniłam. Polubiłam herbatę z mlekiem, rzuciłam palenie, mam lepszy angielski. Dowiedziałam się, że potrafię nakrzyczeć na kogoś i to bardzo głośno. Jestem szczęśliwa, bo jestem podekscytowana. Przede mną nowe wyzwania.

W każdym razie, nie zamierzam się „stabilizować”, wręcz przeciwnie. Na maksa wykorzystam czas w Polsce, a już na pewno w moim mieście, ponieważ obawiam się, że długo tam nie zostanę. Nosi mnie, jak nigdy. Czuję się silniejsza niż kiedykolwiek. Jaram się moim kierunkiem i w ogóle tym, że zaczynam studia. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że to wcale nie jest tak, że ja nie wiem, co chcę w życiu robić. Po prostu nie mogę się zdecydować. Za dużo bym chciała, nie można mieć wszystkiego. Można. Nie można.

Następne wakacje: Islandia! Jeszcze nie wiem, jak, po co i czym. Jeśli czytają mnie jacyś fanatycy Bjork to może zabiorą się ze mną, a w najgorszym wypadku pojadę jako au pair.

Następny miesiąc: korepetycje z fizyki. Nie mogę się doczekać!